DFBG: Super Trial 130km-debiut Ultra, część 2

Z całego biegu najbardziej bałem się jednak nie dystansu, nie problemów żołądkowych czy kryzysów, ale właśnie nocki. Gdy o tym wspominałem, ludzie mówili: „Daj spokój, wszyscy będą Ci zazdrościć. Każdy chciałby bez zobowiązań polatać sobie w nocy po lesie”. No, ale to nie było takie sobie bieganie po lesie bez zobowiązań. Nie po to tyle trenowałem, nie po to tyle potu z siebie wylałem, żeby teraz polatać sobie po lesie bez zobowiązań…

Medal Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich

Medal Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich

Teraz i ja skończyłem swoje zawody w jedzeniu i piciu na czas. Opuściłem bufet na Przełęczy Płoszczyna i tak jak wszyscy moi poprzednicy, zniknąłem w czarnej czeluści lasu po drugiej stronie drogi. Kilkaset metrów dalej odwróciłem się i z uśmiechem na ustach stwierdziłem, że nikt za mną nie ruszył. Zatem dogoniłem na bufecie kilka osób i je przegoniłem.

Wchodziłem kiedyś tym szlakiem na Śnieżnik  i zapamiętałem z tej wyprawy bardzo wiele. Pasące się przy drodze stado jeleni, na które praktycznie wpadłem  (nie wiem kto był bardziej spłoszony i przerażony: one czy ja?).  Kilka podejść, tak stronnych, że człowiek praktycznie stoi w miejscu, a szlak zamiast do przodu prowadzi do góry. Jakieś bagnisko które skutecznie wsysało buty pod suchą i bezpieczną z pozoru warstwę ziemi. Połacie połamanych i wysuszonych drzew oraz piekielnie długie, ciągnące się praktycznie w nieskończoność, wąskie podejście pod Śnieżnik. Wszystko to rekompensowały ukrywające się za plecami wspaniałe widoki.

W nocy wszystko jednak wyglądało inaczej. Las nie miał nic ze swojego dziennego uroku. Byłem tylko ja, mała kropelka światła wydobywająca się z mojej czołówki oraz wszechogarniająca pustka i ciemność dookoła. W czasie odprawy  przed biegiem zwracano nam uwagę na ten odcinek biegu. Kilka dni wcześniej mocna wichura powaliła mnóstwo starych drzew, których  teraz suche i szorstkie jak pilniki gałęzie, tarasowały nam przejście. Nie dało się przez nie przejść bez ryzyka poszarpania i zniszczenia odzieży oraz poranienia całego ciała. Zamiast biec musieliśmy omijać powalone drzewa na około, przedzierając się przez las, co wcale nie było ani łatwiejsze, ani przyjemniejsze. Dodatkowo towarzyszyła temu przygnębiająca atmosfera, jakby z filmu grozy. Wszystko, co było widać w świetle czołówki było suche,  stobiałare i bezbarwne. Bezlistne, powalone drzewa, igliwie w lesie i sam szlak. Czułem się jak bohater jakiegoś czarnobiałego horroru uciekający przed jakimś potworem. Brakowało tylko ujadania wilków i księżyca w pełni.

Przeciskanie się przez labirynt gałęzi strasznie mnie spowalniało i męczyło. Miałem wrażenie, że wcale nie posuwam się do przodu. W dali przed sobą widziałem światełko czołówki poprzedzającego mnie zawodnika. Skoro go doganiałem, musiało być mu równie ciężko jak mi. Odwróciłem się. Niestety ja też już byłem goniony i wkrótce znów biegliśmy wąską ścieżką na Śnieżnik w kilkuosobowej grupce.

W połowie drogi na szczyt odwróciłem się, lecz zamiast zapamiętanego bajecznego widoku gór zobaczyłem praktycznie jedynie czarną pustkę, której moja czołówka nie potrafiła oświetlić. W tej czarnej pustce widać było jedynie światełka miejscowości znajdujących się w kotlinie. Myślałem, że lecę nad nimi samolotem, a nie biorę udziału w biegu górskim. W tej czarnej pustce najbardziej magiczne były jednak te małe kreski światła wydobywające się z czołówek zawodników będących hen, hen za nami. Były małe jak igiełki i kiwały się to w lewo to w prawo, jak wycieraczki samochodów, zapewne w rytm biegu właściciela.

Wejście na Śnieżnik od strony wschodniej - za dnia

Wejście na Śnieżnik od strony wschodniej – za dnia

Wbiegliśmy na szczyt. Niebo było czyste oraz pełne gwiazd. Miałem wrażenie, że zaraz zahaczę o którąś z nich swoją czapką. Minęliśmy ruiny wierzy widokowej. „Mało kto był tutaj o tej godzinie” – pomyślałem i  były to najprzyjemniejsze chwile tej nocy. Po nich przyszły te nieprzyjemne, takie jak zbieg ze Śnieżnika, tą kamienistą i trudną techniczne, wąską ścieżką. Każdy kto tam był, wie o co chodzi. Ciężko jest tam iść, a co dopiero zbiegać na złamanie karku po środku nocy.

Udało się jednak jakoś dotrzeć do Międzygórza, gdzie z pomocą przyszedł mi mój ukochany zespół dopingujący: #JanuszTEAM. Dziewczyny czekały na mnie w środku nocy i zgotowały mi taką owację, że od razu miałem ochotę biec dalej, a całe zmęczenie kilkudziesięciokilometrową trasą zniknęło. Do tego co chwile słyszałem:” dawaj dalej, dawaj dalej jesteś 18-sty”. Co? 18-sty? To mi dopiero dało kopa.

Od tego czasu moje pierwsze pytanie po wbiegnięciu na bufet brzmiało: „który jestem?”. 18 kilometrów dalej, w Długopolu, byłem już 15-sty, ale powoli dopadało mnie coraz większe zmęczenie.

Najgorsze doparło mnie jednak przed trzecim bufetem w Długopolu. Prosty, ale monotonny fragment trasy  po asfaltowej drodze, ciągną się i ciągną, aż zachciało mi się spać. Czego się spodziewać o 2 w nocy, jak nie chęci by się zdrzemnąć? Domyślałem się, że coś takiego nastąpi i próbowałem w dniu startu spać jak najdłużej i jak najbardziej się wyspać. Widocznie to za mało. Droga była prosta, asfalt równy i nic, a nic tą  boczną drogą nie jechało.  A nawet gdyby jechało, to miałem już tak wyczulone zmysły, że usłyszał bym to auto z kilometra.

Zamknąłem więc oczy i liczyłem …1…2…3…. Otworzyłem oczy, sprawdziłem czy nic nie jedzie i znów…zamknąłem oczy i liczyłem …1…2…3…4…5… . Czasem udawało mi się doliczyć nawet do 10. Na więcej sobie nie pozwalałem – bałem się, że przecież faktycznie mógłbym zasnąć. Czy można zasnąć w biegu? Czy można się wyspać biegnąc? Ciągle pytałem sam siebie.

Część pierwsza relacji: DFBG: Super Trial 130km-debiut Ultra, część 1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>