DFBG: Super Trial 130km-debiut Ultra, część 1

Jeszcze przed wyjazdem na Boston Maraton wiedziałem, że kolejnym startem będzie któryś z biegów ULTRA na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich. Miałem tam do wyboru sporą gamę dystansów. Począwszy od TrojakTrial,  o długości 10km, przez półmaraton, maraton, aż po ultra właśnie: 65km, 110km, 130km i bieg główny o długości 240km. Po Bostonie zostało wiec zaledwie 3 miesiące na przygotowania do startu w DFGB, a trzeba w tym czasie jeszcze przecież znaleźć czas na regenerację po maratonie i tappering. Na właściwe przygotowania pozostawało wiec zaledwie 2 miesiące, a mimo to postanowiłem wybrać od razu bieg powyżej 100km. Wybór padł na dystans 130km.

Medal Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich

Medal Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich

Dlaczego akurat Super Trial?

Ze względów oczywistych Bieg 7 Szczytów odpadał z automatu. Wybór dystansu 240km, choć kuszący, byłby niezbyt rozsądny dla osoby która wcześniej nie przebiegła dystansu większego niż maraton i  nigdy nie biegała w górach. Bieg ULTRA 65km jest bardzo ciekawy, ale w głębi duszy wiedziałem, że potrzebuje spróbować czegoś jeszcze trudniejszego. Do wyboru pozostała trasa K-B-L (nazwa pochodzi od nazw miejscowości przez które przebiega trasa: Kudowa-Bardo-Lądek) i właśnie Super Trial 130km z Lądka do Kudowy. Trasa K-B-L ma niewątpliwe walory, takie jak np. bieg przez Góry Stołowe czy finisz w Lądku, w samym centrum Festiwalu, przy okrzykach, wrzawie, w całym tym splendorze. Super Trial skusił mnie jednak nocnym biegiem przez Śnieżnik  i metą w Kudowie, mieście w którym mieszkałem prawie 20 lat.

W czwartek, 16 lipca pojechałem do Lądka razem z całą ekipą 8 osobową ekipą #januszteam. Biuro zawodów mieściło się w parku zdrojowym, koło amfiteatru. Pakiet udało się odebrać bardzo sprawnie, nie było żadnych kolejek.

Start SuperTrial odbywał ze startem ze startem Biegu 7 Szczytów i oczywiste było, że zawodnicy biegnący na 240km obiorą znacznie wolniejsze tempo. No, przynajmniej duża większość z nich. Ustawiłem się więc w połowie stawki i oczekiwałem. Nie czułem żadnego napięcia, strasu czy ekscytacji, ale o dziwno nie czułem się też skoncentrowany, czy skupiony na biegu. Chyba cały stres zostawiłem w domu. Podobno już od samego rana nie byłem zbyt miły dla wszystkich dookoła. Czyli stres był, tyle że nie zdawałem sobie z niego sprawy.

Zbliżała się 18:00 wiec rozpoczęło się odliczanie 10..,9… i w końcu.. wystrzał i ruszamy. Powoli, w tempie spacerowym wybiegliśmy, wyczłapaliśmy z parku. Tym różni się właśnie Ultra od zwykłego maratonu. W zwykłym maratonie ulicznym wrzuca się trenowane od tygodni tempo maratońskie i przez pierwsze 30-32 kilometry po prostu biegnie. Potem już tylko 10km „maratonu właściwego” i hop jesteś na mecie (każdy wie, że prawdziwy maraton zaczyna się dopiero po 32km, to co jest wcześniej to tylko rozgrzewka).  Tu jest inaczej.

Skręciliśmy w lewo i udaliśmy się niebieskim szlakiem w kierunku góry Trojak. Biegliśmy powoli pod górkę. Kamienie, korzenie, leśna duchota. Ktoś z boku rzucił do kolegi: „będzie super, jak w ty tempie będziemy dobiegać do mety”. Właśnie. Gdy zaczyna się trenować do Ultra, trzeba nauczyć się biegać wolno. A potem okazuje się, że na biegu, a zwłaszcza na końcu, człowiek posuwa się do przodu jeszcze wolniej.

Skalna Brama - na trasie Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich

Skalna Brama – na trasie Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich

Powoli wyprzedzałem jedną osobę za drugą, aż dotarliśmy do Skalnej Bramy. Po minięciu szczytu Karpiak trasa biegu prowadzi kilkanaście kilometrów zielonym szlakiem, wzdłuż polsko-czeskiej granicy. Nie może być lepiej oznaczonej trasy. Wąska, wijąca się jak wąż ścieżka, wydeptana w trawie,  z wbitymi co 100 metrów słupkami granicznymi. Biegliśmy w małej grupce, jeden za drugim, tak jak pozwalał wąski szlak. Bardziej niż grupkę biegaczy przypominaliśmy biegnąca stonogę czy skolopendrę. Lewo, prawo, lewo… góra, dół co chwilkę skręcaliśmy, jeden za drugim, jak jeden organizm.

W pewnym momencie mogło się wydawać, że biegniesz sam lub w niewielkiej grupce. Wystarczyło wtedy się odwrócić i zobaczyć ciągnący się za tobą ogon kilkudziesięciu biegaczy. Nie trwało to  jednak długo. Kolejne podbiegi i podejścia zrobiły zwoje. Grupka rwała się na coraz to mniejsze i mniejsze.

Tuż przed podejściem na Kowadło czekała mnie miła, wręcz cudowna niespodzianka. Na szlaku czekały wszystkie kibicujące mi dziewczyny w białych koszulkach z napisem „JANUSZ TEAM”. Machały, krzyczały – czegoś takiego na prawdę się nie spodziewałem. Ani ja, ani zapewne żaden z uczestników biegu. Szkoda,  że nie dane mi było widzieć ich min, gdy po środku lasu wpadali na grupkę szalejących, ubranych jednakowo dziewczyn. Ale mi to dało PAŁERA.

Po Kowadle nasza grupka kurczyła się nadal, by po wbiegu na Smrek liczyć tylko kilka osób. Gdy dotarliśmy do szczytu Brunek i nasza grupka skurczyła się do 2 biegaczy,  napotkaliśmy pierwszą osobę przeżywająca kryzys. Choć w przypadku Brunka, trudno jest mówić o ostrym podbiegu (Brukek to raczek kupa kamieni na środku polany) to chłopak nawet nie próbował pod niego podbiegać, tylko szedł zrezygnowany, z miną typu „co ja tu robię?” lub „na cholerę mi to bieganie po górach” lub „a mógłbym teraz siedzieć przed telewizorem i pić piwo”. Zobaczył tylko nasze plecy.

Szczyt Brunek - na trasie Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich

Szczyt Brunek – na trasie Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich

Trasa odbiła na czeską stronę w kierunku czerwonego szlaku i poprowadziła w dół asfaltową drogą. Wiedziałem, że nie można za bardzo przesadzać z podkręcaniem tempa i ciągle sobie powtarzałem „spokojnie, tylko spokojnie”. Kilku zawodników, których wcześniej minąłem, dogoniło mnie na tym zbiegu i finalnie powąchałem tylko kurz spod ich butów.

Dotarłem ponownie na zielony szlak, który w tym miejscu prowadził szeroką leśną drogą. Przede mną mrugało kilka światełek. To czołówki innych biegaczy. Powoli doganiałem je i zostawiałem za sobą. W końcu zaczął się ostatni zbieg przez Przełączą Płoszczyna, na której znajdował się pierwszy bufet z dostępnym jedzeniem. Na zbiegu dogoniła mnie para biegaczy i mimo moich usilnych starań oczywiście zostawili mnie z tyłu, sam na sam z czarnym otaczającym mnie lasem

Światła bufetu było widać już z daleka. Rozpiąłem plecak, zdjąłem i tak rozpędzony wpadłem na bufet trzymając w jednej ręce kijki, a w drugiej plecak. Przy stoliku z pomarańczami, arbuzami, orzeszkami, żelkami i rodzynkami stało kilka osób, kilka osób okupowało też stoiska z wodą, colą i izotonikiem. Wszystko pozostawało w jakimś magicznym półmroku. Poczułem jakbyśmy wszyscy brali udział w kolacji przy świecach, w której zamiast świec, rozpalono lampki czołowe. Nieopodal naszego biesiadnego stołu położyłem na ziemi kijki i wolną ręką sięgnąłem po ćwiartkę pomarańczy. Oj jako on była dobra i słodziutka. Gdy tylko zobaczyły mnie dwie wolontariuszki, od razu podbiegły i spytały czy mogą mi w czymś pomóc? Oczywiście, odrzekłem. Miałem przecież do napełniania mój pusty bukłaczek. Podałem im plecak i wytłumaczyłem gdzie, w jaki sposób i co mają nalać. Mój plecak z bidonem ukrytym w specjalnej kieszonce na plecach mocno je zaskoczył, bo przez długi czas nie mogły sobie z nim poradzić. Ja pałaszowałem naprędce sporządzonego miksa, którego pewnie nawet Amaro by się nie powstydził: rodzynki wymieszane z miśkami Haribo  i oblepione solonymi orzeszkami, a dwie wolontariuszki walczyły z moim bukłakiem, starając się wlać do niego kolę wymieszaną pół na pół z wodą.

Z plecami usłyszałem czyjś mocno niezadowolony głos. Ups… toż to sam dyrektor biegu, Pan Piotrek Hercog, przyłapał kogoś na braku posiadania sprzętu obowiązkowego. W tym wypadku chodziło o własny kubek. Jakaś biedaczyna wpadła spragniona na punkt odżywczy po 30km biegu i zdziwiła się, że  nie ma plastikowych kubków. Z czego ona się napije? Po dłuższym wykładzie o regulaminie, zasadach i ekologii Dyrektor pozwolił mu biec dalej, ale z zastrzeżeniem, że „.. jak na następnym punkcie… to…”. Skąd tu w środku nocy, w lesie, skombinować sobie kubek? No właśnie…

Po drugiej stronie asfaltowej drogi znajdował się ni to sklep, ni schronisko. Mimo ogólnodostępnych informacji o braku miejsc parkingowych na Przełączy Płoszczyna, po lesie stało zaparkowanych całkiem sporo samochodów. Ich pasażerowie, siedząc na drewnianych krzesłach przed „ni to sklepem”, popijali raz piwko, raz Kofole (taki czeski napój kolopodobny i całkiem niezły) i z nogami na stołach obserwowali całe to dziwne zbiegowisko. Czuli się zapewne jak w jakimś kinie lub teatrze pod chmurką. Ktoś wypadał z czarnej czeluści lasu, sam urządzał sobie zawody w jedzeniu i piciu na czas, po czym przebiegał koło strzałki z napisem „Śnieżnik Kłodzki 2h45″ i znikał w jeszcze czarniejszej dziurze.

Przełęcz Płoszczyna - na trasie Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich

Przełęcz Płoszczyna – na trasie Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich

CDN… i nastąpił…

Część druga relacji: DFBG: Super Trial 130km-debiut Ultra, część 2

6 Comments:

  1. Świetna relacja – pisz drugą część, bo sam jestem ciekawy, jak to wygląda na biegach ultra, nie brałem jeszcze w takich udziału, ale kto wie, może w przyszłym roku, ale na początek byłby to raczej 50-cio km wielkopolski GWINT :)

    • Dzięki. Nad kolejną relacją już siedzę. Myślę, że niedługo będzie. To już prawie miesiąc od biegu, a jeszcze tyle różnych emocji we mnie siedzi. Musze to wszystko okiełznać 😉

  2. Gratuluję przebiegniętego dystansu – świetna relacja :) Mnie też coraz bardziej ciągnie w kierunku gór – po czytaniu Waszych relacji i oglądaniu filmików :)

    Myślę w najbliższych latach spróbować – ale zacząć od czegoś mniejszego – np. 5 km – taką trasą, która jest w Gdyni na filmiku :
    http://biegigorskiegdynia.pl/profil-trasy/

    A za dwa lata może Rzeźniczek ? :) Bardzo mnie korci :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    • Jak najbardziej powinnaś spróbować biegać po górkach. To zupełnie inny rodzaj ruchu, inny rodzaj biegania. Spokojnie można zaryzykować twierdzenie, że dopiero tam jest prawdziwa wolność i na pewno na bieganiu po górkach nie będziesz się nudzić ;-).

      Ta traska w Gdyni jest świetna do tego żeby zacząć. Zapisuj się jak najszybciej. A co do Rzeźniczka: to nie za 2 czy 3 lata, ale startuj już w następnym sezonie. Zobaczysz, jeszcze podziękujesz ;-). Buziaki i do dzieła.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>